Gigantyczne megatony
Taki musi być potencjał
Żeby się schylić
uchylić zastawki
co pilnuje treści
Nie cofać, zostawić do przetrawienia
gorzką żołądkową i słodką jak pampas

***
Kto mnie zbawi i zagwarantuje sukces?
Komercyjny oraz artystyczny
Najlepiej jednocześnie, taki ładny pakiet

***
Będę bredzić jak
mi się spodoba

A nawet gdyby mi się nie podobało
treści i znaczenia nie mogą inaczej

Tylko przez na wpół świadome przełamanie tamy

Może nie tak poważnie? Śmiertelnie śmiertelniczko
Podczas gdy śmiech to zdrowie
Nie podskoczysz wyżej nosa i kucyka

Przeskoczyć siebie
tą co znana i lubiana

Nudy nudy

Chcemy tu zobaczyć coś zupełnie nie-widzianego

KRE A CJA

pro

pro nobis
gdy
ora et labora

zawiodło pokładane weń szeroko nadzieje

To jest prostaczek pokładał

Nie wiedząc zupełnie czy kto się za tym nie kryje
Zimną dłonią pociągając za sznurki

Ta myśl przychodzi poniewczasie

gdy my wolelibyśmy się rozwijać i zwijać

w sposób przyjemny i zaskakujący
obfitujący w zdziwienia i

zaaaachwyt

Jak to niektóren -- a potrafi!

Oczekujemy zachwytu

Kradniemy nieświadomie cudze pomysły za własne pragnąc
się unurzać w tamecznym zachwycie

Nazywamy to żartem dygresją dialogiem

I czego nam bra
k?

***
Wulkanu
serca od serca

Oprzyjmy się w sobie
W serce wstaw stopę i hopla
Na dzikiego

Trzymaj się wiatru
Dziewczyno dziewczyno dziewczyno

Falują niewidzialne włosy
Ona pędzi tylko w wyobraźni
Siodło stacjonarne na niewidzialnym koniu

Ponosi wystarczająco

Hop do łóżka

Kapią łzy o zapachu bzu jaśminu macierzanki dziewanny mięty oraz
swojskiej paczuli

Jesienią (sic!)
zaczyna
coś
łagodnie
w tym sercu

no

nie myśl
Lśnij

wild boars
hares
mouflons
pheasants
partriges
moose
deer
fallow deer
roe deer

me
the Central Bureau of Statistics
game report reader
Dwa wiadra rydzów dla nauczycielki
Przynieśli w cztery pary oczu i psa

Rydze przepiękne, jak matka i dzieci
Oczy niebieskie, jak niedziela, ciepły listopad
albo jak sam Pambóg

Ile za to?
Nic nic nic!

Te urodziwe głowy
nigdy nie pojmą porządku cyfr
Klasa specjalna to


*

dwa pocałunki na peronie
ćmy
na powiekach świadka



*
the Tales
we tell ourselves
whilst enduring
busy-ness meetings
long elevator ascends

      tears to pearls
      pearls dropping
      ping pong


*

Lot międzynarodowy z przesiadką


Their made up faces whisper home stories
as domestic LOT bitches
Warsaw gals
Discuss life saving strategies

How the world mingles
I'm going to write a novel
A novel of planes
and emergency hammers on trains
I never knew they even existed
My stomach tickles as we take off
Emergency exit doors are right behind
me. That's their job
The sentences are tying their knots in
the
air
Praise the technology

Mother Earth hold me tight
I am the watcher

Wrócę gdy aparat zakończy rejestrację


*

Ziemia ma gorączkę


oddychaj z nią
jesteś jej chwilową myślą

     jestem

czekoladowe ruchy ziemi
czekoladowe rozmowy i myśli

     jestem

ziemniakiem który pije cydr
czynności i słowa pozbawione sensu

pozbawieni znaczenia piszą    śpiewają    wzniecają ścierają kurz


*

To ja spisałam?? Nie przyznaję, nie pamiętam, lecz niech będzie: oto słowo żenujące a zadziwiające


Niech płynie
Nie wypiorą się białe obrusy same. Ktoś musi
włożyć do pralki
wybrać proszek
wcisnąć. Start. Bęben

Niech płynie
Niech płynie
Niech płynie

Pozwólcie jej płynąć
Gorzka rzeka kłamstwa
Gdy na białych ręcznikach zakończyła swój bieg
czerwona rzeka życiaśmierciżycia

Nie płacę rachunków:
- za przeszłe narzeczone
- za byłych mężów
- za matki martwe, żywe
- za ojców nieobecnych, nieprzytomnych
- za świat skąpy, okrutny

Biorę swój oddech
Mielę granit
Na żwir
gdy
jeszcze nie odeszła
świątynia poszukiwania
sensu
nurzam się w wodach płodowych
prześcieradło przyklejone do stóp
więc
fale śmieci
płoną zamiast płynąć
żółwim krokiem
przeniesie jasność
przez Styks

Krążę obok
odciągana przez tysiąc słońc i jaszczurek
żeby nie zobaczyć sedna

podobne waha się usiłuje
się pokazać

ta

która ma trupią twarz
albo to też maska


***
Wolałabym pisać ślepo
w białych rękawiczkach
nie urazić delikatnego naskórka klawiszy

Jest mi wstyd gdy sensu brak
jednak sensu nie ma

w sennym półmroku

wysilam zmysły
złapać jaszczurkę

Mam tylko ogon

resztę muszę zgadnąć
Konfabuluję po ciemku

watą cukrową i orzeszkami za pięć centów
albo za centa nawet

Tak tanio sprzedają


***
Słowa zamiast dramatu
dramat wolnych skojarzeń podąża zbyt szybko by złapać te kamienie za kości chciałam napisać mapy
 Palce same śmigają po klawiszach prowadzone niewidzialną ręką albo to szaleństwo?

Albo to albo to zawsze mogę stawić opór materii ducha


***
Na przestrzeni tysiącleci
szał
trwał
pod przykrywką cierni

wypluwam pestki jak karabin

Słowa jak pestki pozbawione miąższu
gdzie owoc?
zniknął w trzewiach

Każde słowo wyzwala lawinę która upada nieco na prawo (choć w rzeczywistości jest to na lewo)


***
Muszę się trzymać za włosy
jak wielu podróżników przede mną
baron Munchausen
Alicja w Krainie Czarów
(na której reputację cień rzucił pedofil)

Kraina absurdu i koanów
Wtacza się we mnie słowo po słowie

Tysiące jaszczurek rozbiegają się w cień
Tona koralików upadła na podłogę
Abecadło z pieca spadło i poznaje że liter ma sto
Większość dramatycznie nie znana temu światu

Pudełko! Gdzie jest pudełko, potrzebuję mocnego pudła, iżby schować rozum


***
Gdzie jestem? Pyta Gość.

Sam nie wiem, odpowiada echo, które w tej bajce symbolizuje alter ego.


***
Jak jazda, na nartach. Gdy puścisz deski, one poniosą w konkretnym kierunku, precyzyjnie
wynikającym z nachylenia stoku oraz stałych i zmiennych.

Przynajmniej tak pragniemy wierzyć, choć rozum nie ogarnia.

Jeśli będziesz miał szczęście, chaos zmiennych sił sprowadzi cię na dół (trymuf, biały szum)
Jeśli będziesz miał szczęście, skręcisz osobie kark

Tak, celowo dwa razy pojawia się tutaj słowo szczęście
Jak dwa konie zgodnie ciągną karetkę w zaprzęgu

z których jeden jak słyszę jest wiodący i dominujący, tak więc pierwsze szczęście uznajemy
za bardziej szczęśliwe od drugiego.


***
Tymczasem nasza metoda pisania kulą snołbolową

(kulka śniegu rośnie, aż stanie się bałwanem. Jest to także nazwa naukowej metody
zbierania informacji)

doprowadziła nas do upustu emocji powodowanego zmęczeniem.


***
Dobranoc.

święta rodzinne



wyspa wielkanocna

ptak wielkości gołębia przeleciał z alaski do nowej zelandii
6 i pół dnia ciągiem. lot śledził nadajnik pod otrzewną. powiedział ojciec
jaka ekologia. każdy kupi tanie z chin. odpowiedział szwagier
spłonął kwaterunkowy dawniej robotniczy. 21 osób w nocy. oznajmił telewizor
ojej. orzekła matka
siostra zacisnęła usta
t.s. elliota obrzydził srom żony. wyszeptał kolorowy magazyn




majowa królowa

sama w ikea pośród mlecznych majtek
wybiera spojrzenia mężów

dla nich płacz z wózka i dym z grila
dla niej ananasy oranżada trele morele i bułgarskie wina     a jeszcze

a jeszcze chce mieć płaszcz jak sroka




modlitwa o boże ciało

bruzdy zarosły
kopy rozkładają kosmate
dołem czesze wiatr

boże ciało truskawkowe!

ojciec ciągle jest bardzo za matką
gdzie moi kochankowie?

gdzie ośmioro wianków
bogactwa atlantydy




świętych pańskich i cudzych

pierwszą to tak!

drugiej ciotka nie lubiła wspominać.
pięć dni ich strzelali. trata ta ta ta ta
latami śniła krew jak bulgocze w wapnie
gdzie to był ten...

teść lubił każdemu zapalić. teściowa go goniła.
odchodzić trzeba z godnością. zrobić miejsce.
za to pogoda jaka w tym roku
 
słońce od zachodu 

podrabia okno na breughla
wszystko równo jak złoto
wschodzi mars czy wenus





*




*
Dzisiaj jest lato
Jak mam ci to powiedzieć?

Starzy ludzie wyprowadzają psy


*

*

Prywatny atol 
coś się rodzi pod ochroną
mostka 

Bomba

***
Jestem
niezależnym obserwatorem
z ramienia ONZ   Zadanie: notować szczegóły
Ucisk
Skok
Ciepło
Podciśnienie w epicentrum
Nerwy bez głosy przenoszą skutek fali uderzeniowej

do mięśni
Impakt
w gałkach

Mokro

Zupa z młodych ośmiornic
rozlewa się w ocean

Przecież nic nie było  
Nic
konkretnego

Ciężaroból fantomowy
zwalczy
wdech       wydech             wdech


***
To nic
Nie przyszedł
Spływały amfibie


*




Świty zbudowane z kawy i dymu
Lodołamacz śpi w naszym łóżku
Gdzie był moher
na twej piersi
rośnie las




Thoughts for Birds

Poznajcie Verę, moją ukochaną nastoletnią neurotyczkę internetową. Jak to się dzieje, że jej słowa trafiają mi prosto w serce i łamią jak czekoladę? Czy dlatego, że rodzą się z cierpienia, któremu w żaden sposób nie mam mocy zaradzić, czy ulżyć?
I dlaczego opisałam Verę w trzech słowach umniejszających? Czy dlatego, że cień tego ogromnego talentu kompletnie mnie przysłania?


Poniżej fragment Wyboru myśli spomiędzy grudnia & kwietnia
wolne tłumaczenie


nawet nie lubię pisać wierszy ale
jakoś ciągle do nich wracam kiedy
wciąż nie jestem pewna co dokładnie
potrzebuje powiedzenia potrzebuje słów
na przykład: chcę ciebie mieć w obiegu krwi
nie dosłownie, to znaczy nie chcę żebyś
się skurczył do rozmiarów nano i krążył
mi w żyłach to znaczy nie chcę cię zetrzeć
na proch i wypić twój-roztwór
żeby wyściółką żołądka móc wchłonąć
twoje toksyny nie, nie o to mi chodzi, zupełnie
sama nie wiem o co mi chodzi ale
z pewnością wiem, że jeśli nie mogę mieć ludzi
dosłownie krążących w moim systemie to przynajmniej
osoba, z którą mogłabym się trzymać za ręce powinna
spaść z nieba prosto do moich stóp teraz



Po więcej Very KLIK TU!


jaskółki
na stacji benzynowej

jaskółki



napis
na stacji benzynowej

hamlet
nic się nie stało
*



*

Potwór kwietniowy

i

Ta opowieść powstała w autobusie

Patrząc na twarze pasażerów trudno było cokolwiek określić
Dopiero trzeba im było zajrzeć do głów.
Rozwalić czachy do żywego mięska, wybebeszyć uczucie


ii

Pozwólmi
pozwól mi
pozwól mi się wy

po
wie
dzieć

dziać


iii

Dzianie się stawanie się żywym mięskiem na wierzchu czaszeczki

Wiertło dentystyczne sięga żywej prawdy
Wspaniałe narzędzie hajtek w okładce koloru majtek
Na deser dla dziewcząt
Skusiły się na malinkę
i
nie zwróciły treści


iv

Wolny natłok skojarzeń
Tłoczą się w tłoku na później
Pasażerowie płacący i zagapieni

Jak długo zamierzają płonąć pola naftowe?

Aż zwątpimy w przyrodę
Jej zdolność regeneracji
Królowa Matka abdykuje
Tron z masy upadłościowej wezmą technokraci 
I sprzedadzą na allegro
Albo w innym serwisie społecznościowym


v

Ze skrawków cudzych myśli buduję swój świat
Barwny paczwork idei ścielę wam pod tyłki

Praaaszę

Państwousiędą

Towszystkościema
okrawki
życie żarcie

dla psów


vi

Napić się rosy
Jak kos

Kropla świeżość póki jest
niezatruta gazem cieplarnianym

Żyłą płynie ściek w płynie
Pcha się do opłucnej

Igła
Aaaaaaaaa!


vii

Po co tak ostro?
Owieczko??
Jestem co najmniej zaniepokojona???

Królowa Matka.


viii

Mamo, abdykowałaś.
Moc ci zabrano i schowano.
Przed Tobą
Ciemny szew w sercu znaczy miejsce ukrycia
Wszyscy widzą    tylko nie Ty. Ty nauczyłaś się widzieć w lustrze owieczkę

Stara Wilczyco!

Nie przeciw mnie powinnaś się obracać



ix

Tamta, ostatnia z rodu.
Zanim jeszcze przetrącono nam kręgosłup

Zwracam się do Ciebie
Z szacunkiem dla swojego strachu:
przyjdź, pokaż mi drogę

z pułapki


x

Ze świata, co przed śmiercią ucieka w martwotę

Do życia, co jest tańcem ze śmiercią

Na

wo



Marcowe koty

pierwszy kwietnia, gdy wracam od matki

Noc
rozbieliła ostry rysunek śliw

Koty
marcowe dalej nie polecą

Rozkwitły
na asfalcie czerwienią pełną futra


*
*

One to potrafią, stare śliwy, całkowicie rozkwitnąć w ciągu jednej nocy.

Wściekłość

Pod płaszczem skały twardszej niż tytan jest przestwór.

Krople mniejsze od mrówek biegną tam.
Omijają suche włosy korzeni, cisną w szczeliny.
Po upływie skończonego czasu podziemny kokon zapełnia się poza niewidzialne przez ciemność granice.

Woda zimno wrze w ciasnocie.
Bluzga.
Gdzie ujście?
Zie uściiiieee!
Wyyypuuuśśś!!
Wyyyyypp!!!
Ciśnie, sapie, napiera.
Miażdży głazom grube kości.

To co musi, nastąpi.
To co trzyma, puści.

W twardości tytana pęka cień ustępstwa.
Poduszka mchu w cieniu pod skałą wilgotnieje.
Słaba, blada strużka wypełza na słońce.
*
*

Przestrzeń oczywista a tak osobliwa

o tym jak barokowo lubi się przejawić
niedokładnie nazwana dziwność tego świata 

 

Dwie diody jak u lalki, z niebieskiego bursztynu,
rozjarzyły się nisko, między powiekami. Przez oczy
zapalone wchodzi się do serca ażeby naostrzyć
pazury o miękko gorejący czerwienią aksamit.
Mosiężny połysk w półmroku kołysze nas
bezpiecznie. Biodra spieszą się z rytmem
aż w brzuchu rozkwitnie, by zapaść się w siebie

małe czarne słońce.

U boku poduszki chudy biały kot
przymknął złote oczy i myje sobie uszy.

*

Pierwsze słońce

Ludzi wyciągnęło z domów, jak rzadko w niedzielę. Leniwie palili przy płotach, pokrzykiwali na dzieciaki ganiające za psami. Jak nigdy, każdemu się chciało zamienić z przechodniem dwa słowa.

Wyżej nad wsią, między asfaltowymi ramionami, Święty Antoni, stareńki, się zdrzemnął. Na cóż on te oczy tak zamyka? Z ciekawości i on usiadł na betonie między grubymi lipami. I zapatrzył się: na powietrze, na krzaki, na rzekę daleko w dole.

Byłyby mu się oczy całkiem zmrużyły pod światło, gdyby go nie doszedł niepewny gulgot. Chwilę szukał, wyżej, niżej, w bok, aż zobaczył – stało naprzeciwko, w bramie szeroko otwartej na słońce. Małe, głupie, jeszcze nie nauczone, do obcego z ciekawością.

Uśmiechnął się do szczeniaka, powoli podniósł siedzenie i ruszył błotną drogą wzdłuż siatki. Pies za nim. No to zagadał, dał rękę do obwąchania, pokiwał głową do ogona, który się niewidzialnie poruszył. Gulgot przeszedł w mruczenie, parę kroków poszli razem i mały wrócił pilnować swojej bramy.

Między bruzdami błysnęło coś żarliwie. Babce na ten dzień odświętny założyli różowy sweter i związali białe włosy w czyściutkie pasemko. Jedyny ząb uśmiechnął się w rumianej twarzy w odpowiedzi na pochwalonego. Kij w lepszej ręce chwiejnie pokazał na drogę, na las, na słońce. Z bezwładnego gardła wydobył się bełkot.

Zrozumiał – Dobre.
 



*
*

W Białymstoku wciąż płoną towarowe pociągi

*

W Białymstoku wciąż płoną towarowe pociągi.
Objęte ogniem siedem cystern.


***

Diamenty z pierścienia Prymasa Tysiąclecia ukradzione onegdaj
poszły w Antwerpii za pięćdziesiąt euro.
Trzy osoby zatrzymane.

***

Kim jest Jan Rutecki, postrzegany przez gangsterów jako
groźny Kulawy? Musimy powiedzieć,
że był ojcem chrzestnym.

***

Wybuch na Słońcu, siódmy marca.
Naładowane cząstki uderzą w Ziemię. Na niebie zorze.

Siostry Uczennice Boskiego Mistrza zdobią szaty i ornaty.
Przydarzyło im się boskie utajenie.

***
Garbaty anioł wyjebał o Ziemię.

***
Niedozwolone rzeczy dozwolili.

***
Jeszcze jestem świadomy?




Szczęście kochane

*
– Moje szczęście kochane. Moje szczęście! Moje rączki! Ciałko takie... Mumumu! Moje szczęście kochane. No jest, jest. Moje szczęście umiłowane w Bogu Jedynym. Moje szczęście! Moje szczęście kochane, że ja pierdolę, kurwa. Moja cipeczka, moja radosna! Ja kocham, kocham! Mężczyzna kocha!


I tak bez ustanku, wylewał się z niego potok, jakby wina było mało. Upijał się swoimi słowami.

Ona zmartwiała. Nigdy nie słyszała czegoś takiego od mężczyzny i to nawet nie było do niej konkretnie, ani chyba do żadnej kobiety. Może w tej chwili upojenia powtarzał co do niego matka mówiła jako do niemowlęcia? To był ten ton.

Ale nawet tak, nawet od niego nie mogła tego słuchać. Sparaliżował ją wstyd. Że on, że inni… Że ktoś zobaczy jak spragniona jest takich słów. Odwróciła twarz i dyskretnie najdalej jak mogła odsunęła zesztywniałe ciało.

Kiedy po nieskończenie długim czasie wreszcie przyjechał tramwaj, wsiadła bez biletu. Pijak na przystanku zwrócił się w stronę innej kobiety.
*
*

królowa burzy

*
królowa się burzy
sine trzaskają paznokcie

pięćdziesiąt sześć kilo
ciemności
psuje się
*
*

A jednak wstaję




Maya Angelou, z domu: Marguerite Ann Johnson (klik), urodzona 4 kwietnia 1928 roku w St. Louis – poetka, pisarka i aktorka. Jedna z największych poetek-aktywistek na rzecz praw obywatelskich dla czarnoskórej ludności w Stanach Zjednoczonych. Najbardziej znana z utworów autobiograficznych I Know Why the Caged Bird Sings  (1969) i All God's Children Need Traveling Shoes (1986). 

Wiersz, który  mnie dzisiaj poruszył odnosi się specyficznie do sytuacji potomków niewolników w Ameryce Północnej. Maya Angelou, to jednak wielka poetka, co poznaje się po tym, że inni ludzie też odnajdują w jej słowach część siebie. Jak ja. Bo na przykład zawstydzanie i wdeptywanie w ziemię kobiecej seksualności i płynącej z niej radości z samego życia, jakkolwiek może subtelne, nie jest obce naszej kulturze. 
Nie jest jej też obce wykorzystywanie ludzi mniej zamożnych i uprzywilejowanych przez tych, co mają więcej pieniędzy i wpływów.

A w ogóle to chciałabym stanąć w obronie wszystkich ofiar losu! A przede wszystkim siebie.

Wiersz przybył do mnie via Dyamond in the Rough (klik).
Nie poświęciłam czasu na sprawdzenie czy istnieje już polskie tłumaczenie. Poniżej moja wprawka.


A jednak się podnoszę
*
Możesz skreślić mnie z historii
Gorzkim kłamstwem, pokręconym
Możesz mnie rozdeptać w ziemię
Ja się jednak, jak kurz, podniosę.

Mój szyk budzi twój sprzeciw?
Więc czemu zamykasz się w mroku?
Bo idę jakbym miała szyby
Naftowe na środku salonu.

Jak księżyce i jak słońca,
I tak pewnie jak przypływy,
Jak nadzieje rosną wielkie,
Jednak się podniosę.

Chcesz zobaczyć mnie złamaną?
Oczy w ziemi, głowa w dół?
Ramiona lecą jak łzy.
Przygniecione krzykiem duszy.

Moja buta cię obraża?
No, już zetrzyj z czoła chmurę
Bo się śmieję jakbym w ogródku
Wykopała złotą górę.

Możesz mnie zastrzelić słowem,
Możesz zadźgać mnie spojrzeniem,
Możesz zabić nienawiścią
A ja się jednak, jak powietrze, podniosę

Czy uraża Cię seksowność?
Czy to jest coś niesłychane
Że tak tańczę, jakby diamenty
Błyszczały między udami?

Z wstydliwych baraków historii
Podniosę się
Z przeszłości zepsutej cierpieniem
Podniosę się
Jestem czarnym oceanem, w podskokach, szerokim
Zapadam się i unoszę, biorąc falę w siebie
Zostawiam noce terroru i strachu
Podnoszę się
Niosę dary dane nam od przodków,

Ja, sen i nadzieja niewolnika.
Podnoszę
Podnoszę
Podnoszę się.
*
*

Evening Land




"I oto byliśmy, z namiętnością sięgającą gwiazd. Dotyk chłodu stał się gorący jak ogień, rozpłynęliśmy się w swoich ramionach... Obudziło nas słońce, czy księżyc? Czując, że cię przy mnie nie ma, rozpoznałam, że jesteś wolny… Czy jednak ja byłam wolna, by uwierzyć z tobą? Wyciągnięte ramiona łapały ciała w upadku, tańczyły jak trawy, zioła i źdźbła. Dziki wiatr nadaje rytm, kołysze, rośnie pod niebo i nareszcie słabnie, aż po ciszę nocy".
*

 Mari Boine

*
*

Co wiem, a co nie wiem

Gdzie leżą źródła naszych zysków? Jeśli puścić wolno lwa, kiedy zjawi się treser? Albo nauczyciel, który powie: Ciebie tutaj nie ma. Jesteś owieczką, owieczko, a ja będę twoim pasterzem.
Kto i kiedy mi to powiedział? Dlaczego uwierzyłam? Czy gdyby nie, gdyby tak się nie stało, czy teraz wiedziałabym dokąd iść?
* 
Mówić nauczyłam się z książek. Język płynął z głowy, nie z serca, przez co utracił siłę i nie został zrozumiany. Serce uwierzyło, bo chciało uwierzyć. Albo też głosy krytyków zapadają głębiej niż słowa przyjaciół.
*
Jak można sięgać w głąb, mając za plecami żywy strumień?

***

Oni układają swe wiersze na talerzu, zachwyt zjadają wpierw przez oczy, potem zaś zębami i językiem. Obrazy noszą na sobie, codziennie nowy, gdyż w miarę jak światło ma się ku wieczorowi, ich uroda traci formę i kolor. Sami dla siebie są rzeźbami, z wysiłkiem, co wieczór nadają sobie kształt. Mieszkają na scenach teatrów o różnym stopniu upublicznienia. To rasa monumentalna. Nie mają tylko własnej pieśni. Polegają na mechanicznych wytworach, dla nas pustych, bo doskonałych.

zasypianie cukrem


*
pora po
obiednia śpi ca
ła niedziela cu
kier z te
lewizji w
ciszę sypie s
mak

tik tik tak

nim mi
nie
sz
zrób że co 

*
wieee  sz

*

cztery gołębie na drucie

*
Czas redakcji. Przeglądam rzeczy, które notowałam dawno, konstrukcje na krawędzi zapomnienia. 
Wycinam, wycinam, wycinam. Co brzmi jak siano, jest automatycznym użyciem szablonu, nie przywołuje we mnie nastroju, który stał się impulsem do próby.

Tutaj został tylko tytuł. 

***

Rytm


Trzy róże na brzuchu
pasażerów trzech
Ochra bierze ugier
w żelazową biel

Za wstyd za chwyt 

*
Tańcz!



***
*
Przedział

**
czarna opoka
tuli Nagiego

On ją Uchroni
gdy oni
bezwstydnie 
dzielą kanapkę na dwoje

 *

Pⱷz Ja

*



*
*

Kielecka Nowy Kleparz Dworzec



Przez miasto płyniemy jak przez dom
Smakując popołudnie słowami

dyńka i szponder

w pokoju

cytrynowym

do zwariowania

Buty cicho zjadają Szlak
Warszawską Pawią
Byle oddech mógłby spłoszyć chwilę

Jeszcze choćby te parę kroków w nieskończoność
W białe niebo skondensowane
nie z ołowiu

dzisiaj

Co to było?



To dziecko jest zbyt nieco górnolotne
Podczas gdy trzeba zrobić pranie

Za późno

Skrzypnęła furtka na podwórze
Baja baja
Bango bongo
Bum tirara trachu trach

Otworzyły się białe bramy
Otworzyły się niebieskie bramy
Otworzyły się czerwone bramy i płynie płynie płynie

Nabiegnięte mlekiem piersi
Nabiegnięty srom
To krew czy miłość się burzy?

Pomieszane treści
Zaleją tysiąc kartek

gdzie pradziadek Freud kręci palcem „Nie histeryzuj”

I

gdzie stare kare konie?

Płyń histeryczna rzeko
Przełamuj mniesiebie na pół
Nie lepiej na drobne kawałki

Zrobimy sito będziemy siać

Pamiętasz? Powódź
Wściekła rzeka niesie szlam i martwe krowy
Nie bój się dziecko
Trzeba pozwolić jej płynąć
Aż zrzuci ciężar na brzeg wraz z opadem fali

Bądź też zaniesie brud do oceanu

Oddychaj oddychaj oddychaj
Oceaniczny oddech uwolni ładunek

Martwe krowy łagodnie ułożą się na dnie
Na pożywienie bakteriom uranicznym

Szlam szlam szłam
Mokra. Śliska. Brudna. Materia. Odpadowa.
Osiądzie nisko na żuławach

Gdzie będziemy nim karmić sałatę i chrzan
W stałym zagrożeniu powodziowym