Co wiem, a co nie wiem

Gdzie leżą źródła naszych zysków? Jeśli puścić wolno lwa, kiedy zjawi się treser? Albo nauczyciel, który powie: Ciebie tutaj nie ma. Jesteś owieczką, owieczko, a ja będę twoim pasterzem.
Kto i kiedy mi to powiedział? Dlaczego uwierzyłam? Czy gdyby nie, gdyby tak się nie stało, czy teraz wiedziałabym dokąd iść?
* 
Mówić nauczyłam się z książek. Język płynął z głowy, nie z serca, przez co utracił siłę i nie został zrozumiany. Serce uwierzyło, bo chciało uwierzyć. Albo też głosy krytyków zapadają głębiej niż słowa przyjaciół.
*
Jak można sięgać w głąb, mając za plecami żywy strumień?

***

Oni układają swe wiersze na talerzu, zachwyt zjadają wpierw przez oczy, potem zaś zębami i językiem. Obrazy noszą na sobie, codziennie nowy, gdyż w miarę jak światło ma się ku wieczorowi, ich uroda traci formę i kolor. Sami dla siebie są rzeźbami, z wysiłkiem, co wieczór nadają sobie kształt. Mieszkają na scenach teatrów o różnym stopniu upublicznienia. To rasa monumentalna. Nie mają tylko własnej pieśni. Polegają na mechanicznych wytworach, dla nas pustych, bo doskonałych.

zasypianie cukrem


*
pora po
obiednia śpi ca
ła niedziela cu
kier z te
lewizji w
ciszę sypie s
mak

tik tik tak

nim mi
nie
sz
zrób że co 

*
wieee  sz

*

cztery gołębie na drucie

*
Czas redakcji. Przeglądam rzeczy, które notowałam dawno, konstrukcje na krawędzi zapomnienia. 
Wycinam, wycinam, wycinam. Co brzmi jak siano, jest automatycznym użyciem szablonu, nie przywołuje we mnie nastroju, który stał się impulsem do próby.

Tutaj został tylko tytuł. 

***

Rytm


Trzy róże na brzuchu
pasażerów trzech
Ochra bierze ugier
w żelazową biel

Za wstyd za chwyt 

*
Tańcz!



***
*
Przedział

**
czarna opoka
tuli Nagiego

On ją Uchroni
gdy oni
bezwstydnie 
dzielą kanapkę na dwoje

 *

Pⱷz Ja

*



*
*

Kielecka Nowy Kleparz Dworzec



Przez miasto płyniemy jak przez dom
Smakując popołudnie słowami

dyńka i szponder

w pokoju

cytrynowym

do zwariowania

Buty cicho zjadają Szlak
Warszawską Pawią
Byle oddech mógłby spłoszyć chwilę

Jeszcze choćby te parę kroków w nieskończoność
W białe niebo skondensowane
nie z ołowiu

dzisiaj

Co to było?



To dziecko jest zbyt nieco górnolotne
Podczas gdy trzeba zrobić pranie

Za późno

Skrzypnęła furtka na podwórze
Baja baja
Bango bongo
Bum tirara trachu trach

Otworzyły się białe bramy
Otworzyły się niebieskie bramy
Otworzyły się czerwone bramy i płynie płynie płynie

Nabiegnięte mlekiem piersi
Nabiegnięty srom
To krew czy miłość się burzy?

Pomieszane treści
Zaleją tysiąc kartek

gdzie pradziadek Freud kręci palcem „Nie histeryzuj”

I

gdzie stare kare konie?

Płyń histeryczna rzeko
Przełamuj mniesiebie na pół
Nie lepiej na drobne kawałki

Zrobimy sito będziemy siać

Pamiętasz? Powódź
Wściekła rzeka niesie szlam i martwe krowy
Nie bój się dziecko
Trzeba pozwolić jej płynąć
Aż zrzuci ciężar na brzeg wraz z opadem fali

Bądź też zaniesie brud do oceanu

Oddychaj oddychaj oddychaj
Oceaniczny oddech uwolni ładunek

Martwe krowy łagodnie ułożą się na dnie
Na pożywienie bakteriom uranicznym

Szlam szlam szłam
Mokra. Śliska. Brudna. Materia. Odpadowa.
Osiądzie nisko na żuławach

Gdzie będziemy nim karmić sałatę i chrzan
W stałym zagrożeniu powodziowym