Przestrzeń oczywista a tak osobliwa

o tym jak barokowo lubi się przejawić
niedokładnie nazwana dziwność tego świata 

 

Dwie diody jak u lalki, z niebieskiego bursztynu,
rozjarzyły się nisko, między powiekami. Przez oczy
zapalone wchodzi się do serca ażeby naostrzyć
pazury o miękko gorejący czerwienią aksamit.
Mosiężny połysk w półmroku kołysze nas
bezpiecznie. Biodra spieszą się z rytmem
aż w brzuchu rozkwitnie, by zapaść się w siebie

małe czarne słońce.

U boku poduszki chudy biały kot
przymknął złote oczy i myje sobie uszy.

*

Pierwsze słońce

Ludzi wyciągnęło z domów, jak rzadko w niedzielę. Leniwie palili przy płotach, pokrzykiwali na dzieciaki ganiające za psami. Jak nigdy, każdemu się chciało zamienić z przechodniem dwa słowa.

Wyżej nad wsią, między asfaltowymi ramionami, Święty Antoni, stareńki, się zdrzemnął. Na cóż on te oczy tak zamyka? Z ciekawości i on usiadł na betonie między grubymi lipami. I zapatrzył się: na powietrze, na krzaki, na rzekę daleko w dole.

Byłyby mu się oczy całkiem zmrużyły pod światło, gdyby go nie doszedł niepewny gulgot. Chwilę szukał, wyżej, niżej, w bok, aż zobaczył – stało naprzeciwko, w bramie szeroko otwartej na słońce. Małe, głupie, jeszcze nie nauczone, do obcego z ciekawością.

Uśmiechnął się do szczeniaka, powoli podniósł siedzenie i ruszył błotną drogą wzdłuż siatki. Pies za nim. No to zagadał, dał rękę do obwąchania, pokiwał głową do ogona, który się niewidzialnie poruszył. Gulgot przeszedł w mruczenie, parę kroków poszli razem i mały wrócił pilnować swojej bramy.

Między bruzdami błysnęło coś żarliwie. Babce na ten dzień odświętny założyli różowy sweter i związali białe włosy w czyściutkie pasemko. Jedyny ząb uśmiechnął się w rumianej twarzy w odpowiedzi na pochwalonego. Kij w lepszej ręce chwiejnie pokazał na drogę, na las, na słońce. Z bezwładnego gardła wydobył się bełkot.

Zrozumiał – Dobre.
 



*
*

W Białymstoku wciąż płoną towarowe pociągi

*

W Białymstoku wciąż płoną towarowe pociągi.
Objęte ogniem siedem cystern.


***

Diamenty z pierścienia Prymasa Tysiąclecia ukradzione onegdaj
poszły w Antwerpii za pięćdziesiąt euro.
Trzy osoby zatrzymane.

***

Kim jest Jan Rutecki, postrzegany przez gangsterów jako
groźny Kulawy? Musimy powiedzieć,
że był ojcem chrzestnym.

***

Wybuch na Słońcu, siódmy marca.
Naładowane cząstki uderzą w Ziemię. Na niebie zorze.

Siostry Uczennice Boskiego Mistrza zdobią szaty i ornaty.
Przydarzyło im się boskie utajenie.

***
Garbaty anioł wyjebał o Ziemię.

***
Niedozwolone rzeczy dozwolili.

***
Jeszcze jestem świadomy?




Szczęście kochane

*
– Moje szczęście kochane. Moje szczęście! Moje rączki! Ciałko takie... Mumumu! Moje szczęście kochane. No jest, jest. Moje szczęście umiłowane w Bogu Jedynym. Moje szczęście! Moje szczęście kochane, że ja pierdolę, kurwa. Moja cipeczka, moja radosna! Ja kocham, kocham! Mężczyzna kocha!


I tak bez ustanku, wylewał się z niego potok, jakby wina było mało. Upijał się swoimi słowami.

Ona zmartwiała. Nigdy nie słyszała czegoś takiego od mężczyzny i to nawet nie było do niej konkretnie, ani chyba do żadnej kobiety. Może w tej chwili upojenia powtarzał co do niego matka mówiła jako do niemowlęcia? To był ten ton.

Ale nawet tak, nawet od niego nie mogła tego słuchać. Sparaliżował ją wstyd. Że on, że inni… Że ktoś zobaczy jak spragniona jest takich słów. Odwróciła twarz i dyskretnie najdalej jak mogła odsunęła zesztywniałe ciało.

Kiedy po nieskończenie długim czasie wreszcie przyjechał tramwaj, wsiadła bez biletu. Pijak na przystanku zwrócił się w stronę innej kobiety.
*
*

królowa burzy

*
królowa się burzy
sine trzaskają paznokcie

pięćdziesiąt sześć kilo
ciemności
psuje się
*
*

A jednak wstaję




Maya Angelou, z domu: Marguerite Ann Johnson (klik), urodzona 4 kwietnia 1928 roku w St. Louis – poetka, pisarka i aktorka. Jedna z największych poetek-aktywistek na rzecz praw obywatelskich dla czarnoskórej ludności w Stanach Zjednoczonych. Najbardziej znana z utworów autobiograficznych I Know Why the Caged Bird Sings  (1969) i All God's Children Need Traveling Shoes (1986). 

Wiersz, który  mnie dzisiaj poruszył odnosi się specyficznie do sytuacji potomków niewolników w Ameryce Północnej. Maya Angelou, to jednak wielka poetka, co poznaje się po tym, że inni ludzie też odnajdują w jej słowach część siebie. Jak ja. Bo na przykład zawstydzanie i wdeptywanie w ziemię kobiecej seksualności i płynącej z niej radości z samego życia, jakkolwiek może subtelne, nie jest obce naszej kulturze. 
Nie jest jej też obce wykorzystywanie ludzi mniej zamożnych i uprzywilejowanych przez tych, co mają więcej pieniędzy i wpływów.

A w ogóle to chciałabym stanąć w obronie wszystkich ofiar losu! A przede wszystkim siebie.

Wiersz przybył do mnie via Dyamond in the Rough (klik).
Nie poświęciłam czasu na sprawdzenie czy istnieje już polskie tłumaczenie. Poniżej moja wprawka.


A jednak się podnoszę
*
Możesz skreślić mnie z historii
Gorzkim kłamstwem, pokręconym
Możesz mnie rozdeptać w ziemię
Ja się jednak, jak kurz, podniosę.

Mój szyk budzi twój sprzeciw?
Więc czemu zamykasz się w mroku?
Bo idę jakbym miała szyby
Naftowe na środku salonu.

Jak księżyce i jak słońca,
I tak pewnie jak przypływy,
Jak nadzieje rosną wielkie,
Jednak się podniosę.

Chcesz zobaczyć mnie złamaną?
Oczy w ziemi, głowa w dół?
Ramiona lecą jak łzy.
Przygniecione krzykiem duszy.

Moja buta cię obraża?
No, już zetrzyj z czoła chmurę
Bo się śmieję jakbym w ogródku
Wykopała złotą górę.

Możesz mnie zastrzelić słowem,
Możesz zadźgać mnie spojrzeniem,
Możesz zabić nienawiścią
A ja się jednak, jak powietrze, podniosę

Czy uraża Cię seksowność?
Czy to jest coś niesłychane
Że tak tańczę, jakby diamenty
Błyszczały między udami?

Z wstydliwych baraków historii
Podniosę się
Z przeszłości zepsutej cierpieniem
Podniosę się
Jestem czarnym oceanem, w podskokach, szerokim
Zapadam się i unoszę, biorąc falę w siebie
Zostawiam noce terroru i strachu
Podnoszę się
Niosę dary dane nam od przodków,

Ja, sen i nadzieja niewolnika.
Podnoszę
Podnoszę
Podnoszę się.
*
*

Evening Land




"I oto byliśmy, z namiętnością sięgającą gwiazd. Dotyk chłodu stał się gorący jak ogień, rozpłynęliśmy się w swoich ramionach... Obudziło nas słońce, czy księżyc? Czując, że cię przy mnie nie ma, rozpoznałam, że jesteś wolny… Czy jednak ja byłam wolna, by uwierzyć z tobą? Wyciągnięte ramiona łapały ciała w upadku, tańczyły jak trawy, zioła i źdźbła. Dziki wiatr nadaje rytm, kołysze, rośnie pod niebo i nareszcie słabnie, aż po ciszę nocy".
*

 Mari Boine

*
*