Potwór kwietniowy

i

Ta opowieść powstała w autobusie

Patrząc na twarze pasażerów trudno było cokolwiek określić
Dopiero trzeba im było zajrzeć do głów.
Rozwalić czachy do żywego mięska, wybebeszyć uczucie


ii

Pozwólmi
pozwól mi
pozwól mi się wy

po
wie
dzieć

dziać


iii

Dzianie się stawanie się żywym mięskiem na wierzchu czaszeczki

Wiertło dentystyczne sięga żywej prawdy
Wspaniałe narzędzie hajtek w okładce koloru majtek
Na deser dla dziewcząt
Skusiły się na malinkę
i
nie zwróciły treści


iv

Wolny natłok skojarzeń
Tłoczą się w tłoku na później
Pasażerowie płacący i zagapieni

Jak długo zamierzają płonąć pola naftowe?

Aż zwątpimy w przyrodę
Jej zdolność regeneracji
Królowa Matka abdykuje
Tron z masy upadłościowej wezmą technokraci 
I sprzedadzą na allegro
Albo w innym serwisie społecznościowym


v

Ze skrawków cudzych myśli buduję swój świat
Barwny paczwork idei ścielę wam pod tyłki

Praaaszę

Państwousiędą

Towszystkościema
okrawki
życie żarcie

dla psów


vi

Napić się rosy
Jak kos

Kropla świeżość póki jest
niezatruta gazem cieplarnianym

Żyłą płynie ściek w płynie
Pcha się do opłucnej

Igła
Aaaaaaaaa!


vii

Po co tak ostro?
Owieczko??
Jestem co najmniej zaniepokojona???

Królowa Matka.


viii

Mamo, abdykowałaś.
Moc ci zabrano i schowano.
Przed Tobą
Ciemny szew w sercu znaczy miejsce ukrycia
Wszyscy widzą    tylko nie Ty. Ty nauczyłaś się widzieć w lustrze owieczkę

Stara Wilczyco!

Nie przeciw mnie powinnaś się obracać



ix

Tamta, ostatnia z rodu.
Zanim jeszcze przetrącono nam kręgosłup

Zwracam się do Ciebie
Z szacunkiem dla swojego strachu:
przyjdź, pokaż mi drogę

z pułapki


x

Ze świata, co przed śmiercią ucieka w martwotę

Do życia, co jest tańcem ze śmiercią

Na

wo



Marcowe koty

pierwszy kwietnia, gdy wracam od matki

Noc
rozbieliła ostry rysunek śliw

Koty
marcowe dalej nie polecą

Rozkwitły
na asfalcie czerwienią pełną futra


*
*

One to potrafią, stare śliwy, całkowicie rozkwitnąć w ciągu jednej nocy.

Wściekłość

Pod płaszczem skały twardszej niż tytan jest przestwór.

Krople mniejsze od mrówek biegną tam.
Omijają suche włosy korzeni, cisną w szczeliny.
Po upływie skończonego czasu podziemny kokon zapełnia się poza niewidzialne przez ciemność granice.

Woda zimno wrze w ciasnocie.
Bluzga.
Gdzie ujście?
Zie uściiiieee!
Wyyypuuuśśś!!
Wyyyyypp!!!
Ciśnie, sapie, napiera.
Miażdży głazom grube kości.

To co musi, nastąpi.
To co trzyma, puści.

W twardości tytana pęka cień ustępstwa.
Poduszka mchu w cieniu pod skałą wilgotnieje.
Słaba, blada strużka wypełza na słońce.
*
*