Co kryje kuchenna zasłonka

Rozwiodła się z mężem pijakiem, utrzymuje się z szycia, a dla siebie maluje obrazki. Skąd wiadomo, że jest we wsi dziwadłem, jeśli nikt tego nie powiedział głośno? Dlaczego rzadko odwiedza ludzi. Dlaczego nikt do niej nie przychodzi.

A deszcz pada i obmywa moją naiwną głowę i głupie serce.
A deszcz pada i obmywa moją naiwną głowę i głupie serce.
*
*
*
*
Myśl o masowej produkcji medalików z Matką Boską. Jedna sztanca, tania blaszka. Szczęściem, niektóre wychodzą trochę krzywo.



W radiu mówią idzie wojna

W radiu mówią idzie wojna. Wojna. Bawię się tym słowem, może ono coś zmieni. Kim jestem, chłopakiem czy dziewczyną? Przytulam się do szyi konia. Ma imię od gładkiej skóry, w dotyku jest prawie wilgotna, jak świeże kasztany. Mówi do mnie oczami, kiedy go karmię sianem i jabłkami z sadu. Sad, biały dom, rzeka, idzie wojna. Chłopcy tłuką się patykami na podwórku, straszą kury, kaczki i gęsi. Ja nie lubię. Lubię galopować na oklep przez cudze pola, wzniecać gromady wróbli, bażantów i kruków.

To by mogła być cała opowieść: sierść, przestrzeń, wolność.

Ale nie jest. Jest matka, ojciec i babka. Babka syczy i dziobie palcem. Kim jesteś, dziewczyną, czy chłopakiem? W końcu każdego zakładam sukienkę i ślęczę nad zeszytami. Mogą zamknąć mnie, ale nie zamkną myśli. Wszystko widać przez oczy. Smutek siada okrakiem na piersi, wściekłość zaciska brzuch w pięść.

Niech no tylko sprowadzą kandydata na męża, to go zabiję. Tymi oczami. W radiu mówią idzie wojna.

Mieszkam w książce do modlitwy

Mieszkam w książce do modlitwy. Książka należy do proboszcza. Jest to kobieta w sile wieku, z natury trochę sentymentalna. Inaczej by mnie wyrzuciła, spłonąłbym razem z innymi wspomnieniami z tamtego świata.

Żyjemy skromnie. Przebywam najczęściej na stole w kuchni. Okna bywają otwarte na przestrzał i wtedy wpada wiatr z bagien. Myślę, czy nadawałbym się na karmę dla łosia, gdyby przyszedł. Zjadłby mnie razem z książką, wsadziwszy wielki łeb przez okno do kuchni. Drgają chrapy, kopyto zostawia odcisk na ścieżce i pod oknem.
Tutaj możemy pomyśleć i rzeczy się zdarzają. Możemy nawet zażyczyć sobie słońca. Pod dotykiem promieni paruje zagajnik i daleki las. Jest tutaj dużo wilgoci.
Bierze się z łez ludzi, którzy tęsknią za tymi, którzy przeprowadzili się tutaj. Nie wiem, gdzie znajduje się nasz świat. Pod ziemią? Po drugiej stronie?
Za mną nikt nie płacze, dlatego jestem suchy. Gdyby spadła choć jedna łza, zakwitłbym na nowo wiosną z cebulki w lesie. Dlaczego gospodyni nie zrobiła ze mnie naparu? Sam nie wiem czy jestem dla kogoś jadalny. Czy drzemie we mnie jakaś odżywcza siła? Których narządów dotyka mój duch? Jestem niepoznany, sam dla siebie, leśny dzwonek zasuszony między stronami modlitewnika. Mogą mnie też ożywić słowa. Pod mocą wypowiadanych słów mój duch otwiera karty książki i ukazuje się poznaniu bajarki. Jestem nieśmiały. Potrzebuję ciszy i cierpliwości, żeby ujawnić delikatne serce. Tutaj, w ciepłym domu kobiety proboszcza na bagnach pamięci.

Ona rozpaliła ogień i poszła zaczerpnąć wody. Potem zaparzy herbatę. Zupa pyrkocze na blasze. Nie ma tutaj mojej duszy, jest tylko wspomnienie o kształcie.
Jestem, więc jestem, bez chrztu, namaszczenia, błogosławieństwa, dobrego słowa.
Wszystko rozdaję, znikąd nie biorę, skąd wezmę więcej?

Rozina 2

Nosili się z powagą: matka, ojciec i dwie małe córki o przenikliwych oczach. Nie śpiewali na urodzinach, ślubach, pogrzebach, ani przy obieraniu jabłek. Czasem matka miała półuśmiech i zaróżowione policzki. Ojciec nie.

Rozina 1

Zatańczyłeś ze mną na weselu swojej matki, chociaż normalnie nie tańczysz

Odcienie. Kraków Podgórze metallic

Siedzą od wczoraj. Raz jeden manipuluje z liną, raz drugi na kalenicy ściąga uprząż razem ze spodniami, i tak się przechadza, bez ubezpieczenia i bez majtek, po dachu, jak pierwszy lepszy turysta po ulicy Piwnej. Myślę: co by musiało, żeby się dało zamknąć ich w mit, opowiedzieć jak obraz?

Aż dzisiaj widzę w słońcu: oni ten dach przerabiają na platynowo.

*
*
*
*

Odcienie. Kraków Kazimierz sierpień misz masz

Prawdziwe popołudnie. Idę, widzę, w bramie rozwiązłość: niestworzone historie, leży worek purpurowej cebuli.
W lędźwiach też jakby rozwiązłość; radość, że wszystkiego tyle, w słońcu, na ulicy Bożego Ciała. Obok omen: poeta Świetlicki zrywa się z progu, by unieść chłopięce ramię w czerń baru.

Lubię sobie wyobrażać, że jesteśmy dla siebie znakami: dla mnie cebula i On, dla Niego Bruce Lee na mojej koszulce.

*
*
*
*
*

Potrzebuję świadka, choćby siebie samej

długopis
obiektyw
błysk
kawa
szkło
słowo

Narzędzia, żeby wejść głębiej. Moment, żywe mięso, czym nakarmić w brzuchu głodnego tygrysa. Rzeczy wistość nie daje się już ćwiartować.

W rzeczy sedno, w środku dnia, porywa nieruchomy prąd czasu. Siedząc, lecisz plecami w dół, między galaktyki. Jedna z nich - wir - kieruje twoją ręką. Litery wychodzą ze środka kręgosłupa, z podstawy kości bezogonowej. Na twarzy - wypisz, wymaluj - wieczność, wdzięczność, gdyż mogło się to stać tylko tutaj, tylko w tym domu. Kto ciągnie za czubek cienkopisa, wie wcześniej co będzie pisał. Tam, gdzie szczerzyła szczeliną pustka, bucha płomień. Jestem rusztowaniem, platformą, korytarzem strumienia. Ledwo dotknęłam skobla, odfrunął. Grobla otwarta, płynie łagodna fala, gładzi rdzeń i środek kręgów; masaż transcendentny. Wielu przede mną, wielu za mną; w tym wiecznym momencie chce płynąć właśnie tu. Nie jestem zdziwiona. Nie chcę wejść w taniec ot tak. Niech tańczy ręka, a z nią cienkopis. Zostawia ślad mniej trwały niż kamień, miększy niż płodna krew. Nie sądziłam, że to przyjdzie już. Bezczas, tak nietrwały, przemija jak wiatr. Słowa haftują się po kartce: pisanie na pamiątkę po motylku, który fruwa w pacierzowym.

***
Zebrać: wypływ, napływ, przepływ. Na teraz nałapać deszczówki złotej w srebrny cedzak. Miska epifanii do umycia rąk.

***
Stój wyobraźnio! Zostań, gdzie jesteś, zanim słońce zgaśnie.

Okno. Koci zapach. Winogrona, ptaki, Paweł. Dzwony, wierni, lustro, starszy Gąska, maszyna do pisania, welon, kawa, sufit, belki, podłoga, kurz. Pudła. Vespa. Muchy. Paproszek spadł za parapet. Dymy z kotłowni, gwiazdy, galaktyka, kosmos, gdzie ja? Jestem.


***
Nie bój się, skacz. Rozwal zdania na strzępy i złóż na powrót, do góry nogami, głową w dół. Mało musisz, dużo możesz, ty młoda lekka wariatko.

Stanął na twojej drodze jak kamień, i rozbiłaś się na wodny pył, na mgłę. Jeszcze ciągle za dużo myślisz, skacz, tańcz, patrz jak ci dobrze.

***
Potrzebuję świadka, choćby samej siebie.
Choćby nie wiem jak.

Mikropodróże. Kraków Zabłocie

Tego ranka nad Zabłociem słońce zaświeciło z postindustrialnym wręcz polotem. Wiatr, niby już prawie wiosenny, roznosił wszędzie smakowity zapach. Nad halami z zakurzoną produkcją i bez, nad pudłami administracji, nad biurami tych, co się dorobili na wysoki połysk i dzisiaj, jak tłuste rodzynki, podwajali się w kałużach, złotem akcentując połataną nawierzchnię.

Źródło zapachu dało się zlokalizować w baraku, który sycił koloryt okolicy minią ~ nie bójmy się tego porównania ~ niczym serce wołu. Na próżno jednak zmysłowe molekuły drażniły nosy robotników, urzędniczek i wilków biznesu o anorektycznych teczkach. Ciastka wypiekano z prawie jadalnych kompozytów cukierniczych, lecz pokrywano je warstwą całkiem niejadalnej polewy czekoladopodo.

Mikropodróże. Kraków Płaszów

Kraków Płaszów uroczyście pachnie szarym mydłem. Tanie rajtki z Chin drapią, może nawet trują. Pora niebieszczeje nieuchronnie, dążąc do ustania ruchu cząstek z braku temperatury, w dzień zawieszenia rozkładu. Kasjerka zapewnia, że pociąg wjedzie na tor o godzinie jedenastej cztery; przy peronie pierwszym maszynista zatrzyma dla nas smoka. Zanim będzie gotowy, nakarmię czas bułką z makiem.

I obawiam się

I obawiam się
   ~ a obawa moja
      jest uzasadniona ~

I obawiam się
   ~ a obawa moja
      jest uzasadniona ~

I obawiam się
   ~ a obawa moja
      jest uzasadniona ~

że
      jednak


Jednak. Jednak.

czekając na AA

I

królowa
~ w przebraniu dziewczynki
usiadła na drodze
~ miejscu nieświętym i nie błogosławionym
zasięgnąć porady
najbardziej uniżonych
mieszkańców królestwa

żuk mniejszy
źdźbło perzu
piach

pijany szczyną króla




II

Mówię kocham
Mówi strugam sobie
ciepłą trumnę

Mówią miłość
pokonuje śmierć
Jak?
Jak
Jak
Jak

Zdrap do krwi
banderolę
Dziś dobra nowina jest zła




III

tło świata
światło


sklepu
na to on
*

poczwarka którą wszechświat zapomniał


poczwarka
którą wszechświat zapomniał w kieszeni futra
bóg wie gdzie
*
*
*

***

dzisiaj jest lato
jak mam ci to powiedzieć

pijacy śpią pod ciężarem królestwa
nad rzeką pełną            
                  
patyki i muł



***
poeta Świetlicki

poeta Staszczuk

kara wartości 177,85 wliczając koszt upomnienia

*
*
dziś jestem z tego świata: w kołnierzu do patrzenia
spinka

dotykam oczami kobietę: błogosławione lat pięćdziesiąt
miłość

dotykam oczami chłopców: błogosławione lat dwadzieścia
miłość

dotykam oczami niebo
ostatnia żółta korona


***
na tablicy poczytne: romanse i tren finneganów
nie otrzymam lekkości gdy nie wzięłam ciężaru
pod orzeczeniem kary doświadczam wolności
sześć książek: ściąga jarzmo uprzejmy egzekutor




Ja właśnie

*
*
A tu się otwiera i odrywa od spraw; typu: jak zarobić na kredyt, na chleb. Stoję sama, nade mną galaktyki, we mnie kosmos. O tym się nie mówi, raczej w ogóle      Ja właśnie
*
*
*

jestem babcia



po podołek przy sprzątniętym stole
pełna
dla siebie siedzę 
*
*
*
Nie ma na to słów, może w obcym języku, na to jak się istnieje w czasie, gdy zima zwraca się ku przedwiośniu, gdy dojdzie do uzmysłowienia, że ukochany prawdopodobnie jest, jest daleko, i że się go nie zobaczy. Dopiero jak zakwitną

ciało karmiące

sprzątaczki z Willendorfu
zagniatają miękko

chleb kruche pierogi
*
*