Potrzebuję świadka, choćby siebie samej

długopis
obiektyw
błysk
kawa
szkło
słowo

Narzędzia, żeby wejść głębiej. Moment, żywe mięso, czym nakarmić w brzuchu głodnego tygrysa. Rzeczy wistość nie daje się już ćwiartować.

W rzeczy sedno, w środku dnia, porywa nieruchomy prąd czasu. Siedząc, lecisz plecami w dół, między galaktyki. Jedna z nich - wir - kieruje twoją ręką. Litery wychodzą ze środka kręgosłupa, z podstawy kości bezogonowej. Na twarzy - wypisz, wymaluj - wieczność, wdzięczność, gdyż mogło się to stać tylko tutaj, tylko w tym domu. Kto ciągnie za czubek cienkopisa, wie wcześniej co będzie pisał. Tam, gdzie szczerzyła szczeliną pustka, bucha płomień. Jestem rusztowaniem, platformą, korytarzem strumienia. Ledwo dotknęłam skobla, odfrunął. Grobla otwarta, płynie łagodna fala, gładzi rdzeń i środek kręgów; masaż transcendentny. Wielu przede mną, wielu za mną; w tym wiecznym momencie chce płynąć właśnie tu. Nie jestem zdziwiona. Nie chcę wejść w taniec ot tak. Niech tańczy ręka, a z nią cienkopis. Zostawia ślad mniej trwały niż kamień, miększy niż płodna krew. Nie sądziłam, że to przyjdzie już. Bezczas, tak nietrwały, przemija jak wiatr. Słowa haftują się po kartce: pisanie na pamiątkę po motylku, który fruwa w pacierzowym.

***
Zebrać: wypływ, napływ, przepływ. Na teraz nałapać deszczówki złotej w srebrny cedzak. Miska epifanii do umycia rąk.

***
Stój wyobraźnio! Zostań, gdzie jesteś, zanim słońce zgaśnie.

Okno. Koci zapach. Winogrona, ptaki, Paweł. Dzwony, wierni, lustro, starszy Gąska, maszyna do pisania, welon, kawa, sufit, belki, podłoga, kurz. Pudła. Vespa. Muchy. Paproszek spadł za parapet. Dymy z kotłowni, gwiazdy, galaktyka, kosmos, gdzie ja? Jestem.


***
Nie bój się, skacz. Rozwal zdania na strzępy i złóż na powrót, do góry nogami, głową w dół. Mało musisz, dużo możesz, ty młoda lekka wariatko.

Stanął na twojej drodze jak kamień, i rozbiłaś się na wodny pył, na mgłę. Jeszcze ciągle za dużo myślisz, skacz, tańcz, patrz jak ci dobrze.

***
Potrzebuję świadka, choćby samej siebie.
Choćby nie wiem jak.

Mikropodróże. Kraków Zabłocie

Tego ranka nad Zabłociem słońce zaświeciło z postindustrialnym wręcz polotem. Wiatr, niby już prawie wiosenny, roznosił wszędzie smakowity zapach. Nad halami z zakurzoną produkcją i bez, nad pudłami administracji, nad biurami tych, co się dorobili na wysoki połysk i dzisiaj, jak tłuste rodzynki, podwajali się w kałużach, złotem akcentując połataną nawierzchnię.

Źródło zapachu dało się zlokalizować w baraku, który sycił koloryt okolicy minią ~ nie bójmy się tego porównania ~ niczym serce wołu. Na próżno jednak zmysłowe molekuły drażniły nosy robotników, urzędniczek i wilków biznesu o anorektycznych teczkach. Ciastka wypiekano z prawie jadalnych kompozytów cukierniczych, lecz pokrywano je warstwą całkiem niejadalnej polewy czekoladopodo.

Mikropodróże. Kraków Płaszów

Kraków Płaszów uroczyście pachnie szarym mydłem. Tanie rajtki z Chin drapią, może nawet trują. Pora niebieszczeje nieuchronnie, dążąc do ustania ruchu cząstek z braku temperatury, w dzień zawieszenia rozkładu. Kasjerka zapewnia, że pociąg wjedzie na tor o godzinie jedenastej cztery; przy peronie pierwszym maszynista zatrzyma dla nas smoka. Zanim będzie gotowy, nakarmię czas bułką z makiem.

I obawiam się

I obawiam się
   ~ a obawa moja
      jest uzasadniona ~

I obawiam się
   ~ a obawa moja
      jest uzasadniona ~

I obawiam się
   ~ a obawa moja
      jest uzasadniona ~

że
      jednak


Jednak. Jednak.

czekając na AA

I

królowa
~ w przebraniu dziewczynki
usiadła na drodze
~ miejscu nieświętym i nie błogosławionym
zasięgnąć porady
najbardziej uniżonych
mieszkańców królestwa

żuk mniejszy
źdźbło perzu
piach

pijany szczyną króla




II

Mówię kocham
Mówi strugam sobie
ciepłą trumnę

Mówią miłość
pokonuje śmierć
Jak?
Jak
Jak
Jak

Zdrap do krwi
banderolę
Dziś dobra nowina jest zła




III

tło świata
światło


sklepu
na to on
*