Odcienie. Kraków Podgórze metallic

Siedzą od wczoraj. Raz jeden manipuluje z liną, raz drugi na kalenicy ściąga uprząż razem ze spodniami, i tak się przechadza, bez ubezpieczenia i bez majtek, po dachu, jak pierwszy lepszy turysta po ulicy Piwnej. Myślę: co by musiało, żeby się dało zamknąć ich w mit, opowiedzieć jak obraz?

Aż dzisiaj widzę w słońcu: oni ten dach przerabiają na platynowo.

*
*
*
*

Odcienie. Kraków Kazimierz sierpień misz masz

Prawdziwe popołudnie. Idę, widzę, w bramie rozwiązłość: niestworzone historie, leży worek purpurowej cebuli.
W lędźwiach też jakby rozwiązłość; radość, że wszystkiego tyle, w słońcu, na ulicy Bożego Ciała. Obok omen: poeta Świetlicki zrywa się z progu, by unieść chłopięce ramię w czerń baru.

Lubię sobie wyobrażać, że jesteśmy dla siebie znakami: dla mnie cebula i On, dla Niego Bruce Lee na mojej koszulce.

*
*
*
*
*